You are here

Wydział Biologii i Nauk o Środowisku UKSW składa profesorowi Tomaszowi Umińskiemu najserdeczniejsze życzenia z okazji dziewięćdziesiątych imienin!

Laudacja na dziewięćdziesiąte imieniny profesora Tomasza Umińskiego

W starym budynku Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego na Krakowskim Przedmieściu było jedno miejsce bardziej magiczne od innych. Była to Czytelnia Profesorska, pomieszczenie wyglądające tak, jakby od końca XIX wieku nic się w nim nie zmieniło i gdyby ktoś nagle (zwykłym śmiertelnikom udawało się czasem zajrzeć do środka przez uchylone drzwi) zobaczył wstającego od stołu Benedykta Dybowskiego, to zapewne uznałby to za najzupełniej naturalne. Równie naturalne byłoby jak sądzę dla jakiegoś dziewiętnastowiecznego studenta napotkanie w podobnych okolicznościach profesora Umińskiego. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest Pan Profesor osobą staroświecką. Z pewnością jednak ani student, ani wykładowca dawnego Uniwersytetu nie miałby wątpliwości, że ma przed sobą prawdziwego PROFESORA. Prawdziwego, to znaczy takiego, który jest nie tylko uczonym, ale i nauczycielem. Z dawien dawna część pracowników wyższych uczelni traktowało uczenie studentów jako przykrą konieczność, której dobrze byłoby poświęcać jak najmniej czasu i uwagi – prawdziwe uznanie zapewniały wszak tylko osiągnięcia badawcze. Nie wiem, co by powiedziały ślimaki, którym poświęcił Pan Profesor badawczą część swego zawodowego życia, ale my – studenci – nigdy nie czuliśmy się przez niego potraktowani jak przykra konieczność. Wiadomo było, że podczas wykładu każdemu może zostać nagle zadane pytanie, na które niełatwo będzie znaleźć właściwą odpowiedź (niektórzy dokładali starań, by zajmować miejsca w „bezpieczniejszych” częściach sali, ale to się rzadko sprawdzało). Wiadomo było, że nie każda sprawa, z którą się przyjdzie do Dziekana, zostanie załatwiona po myśli studenta. Ale nigdy nie była to kwestia okazywania wyższości, lekceważenia czy niepoważnego traktowania. Wszystko, co się wiązało z uczeniem nas, było zawsze godne uwagi. Nawet wystawianie ocen było sprawą traktowaną zupełnie serio. Kiedyś wchodząc do budynku Szkoły Głównej spostrzegłem Pana Profesora przypinającego do tablicy ogłoszeń (tej najważniejszej, której czytanie stanowiło główny obowiązek studenta, jak nam przypominano w dziekanacie) kartkę z napisem „Panowie [tu następowały nazwiska] zechcą zgłosić się do  mnie z indeksami. Tomasz Umiński”. Było to ze dwa dni po tym jak obaj – kolega, którego nazwisko znajdowało się na kartce razem z moim i ja – zdawaliśmy egzamin z zoologii (egzamin był ustny i ze względu na znaczną liczbę studentów pierwszego roku trwał kilka dni). Strach mnie obleciał, bo żyłem w przekonaniu, że egzamin zdałem, a tutaj… Podszedłem zatem niepewnie i powiedziałem „Dzień dobry…”, a Pan Profesor widząc mnie rzekł „O, dobrze, że Pana widzę, niech Pan będzie łaskaw zawiadomić pana Janusza i przyjdźcie panowie do mnie, uznałem, że powinienem obu panom podnieść ocenę o pół stopnia”. Żaden z nas nie miał przecież pojęcia, jak jego odpowiedzi wypadły na tle innych osób z naszego roku, więc nie było mowy, żebyśmy mogli poczuć się niewłaściwie ocenieni. Ale Pan Profesor nie należy do osób, które uznałyby, że skoro tak, to można na całą rzecz machnąć ręką.

Nierzadko można usłyszeć ludzi, opowiadających o swoim rozczarowaniu wykładem kogoś, kogo znali wcześniej ze świetnych książek, albo na odwrót – o nie dającej się czytać książce znakomitego wykładowcy. Profesor Umiński stanowi żywy dowód tego, że tak wcale być nie musi. O jakości książek Pana Profesora zapewne nie ma sensu obszernie tutaj pisać, bo wśród czytelników tego tekstu niewiele znajdzie się osób, które się na nich w mniejszym lub większym stopniu nie wychowały. Jedno zdarzenie chciałbym jednak wspomnieć, a to dlatego, że jest jedynym znanym mi świadectwem reakcji kogoś zupełnie nie związanego z biologią. Staliśmy otóż kiedyś z żoną w kolejce w banku i jakoś widać któreś z nas musiało w rozmowie wspomnieć nazwisko Pana Profesora, bo pani stojąca razem z nami wykrzyknęła „Ach, to państwo byliście studentami profesora Umińskiego! Ja właśnie przeczytałam jego nową książkę (chodziło o „Ekologia, środowisko, przyroda” – wyjaśnienie moje) i uważam, że każdy człowiek w Polsce powinien ją przeczytać obowiązkowo!”.  Widać stąd, że wrażenie, że te książki są napisane w sposób, który nawet człowiekowi nie mającemu solidnego przyrodniczego przygotowania pozwala zrozumieć (i docenić!) ich treść, nie jest wyłącznie wrażeniem. To samo zresztą da się powiedzieć o wykładach Pana Profesora, których znaczna część młodszych Koleżanek i Kolegów nie miała już okazji słuchać (spośród rozmaitych kopniaków od losu, jakie można sobie wyobrazić, ten wydaje mi się szczególnie okrutny). Nie były to wykłady, których ukrytym celem byłoby sprawdzenie, czy studenci pamiętają, co to takiego jest skleroblast. Nie były to wykłady, zamiast których można by przeczytać jakiś podręcznik. Były to wykłady, które gruntownie pozbawiały każdego słuchacza owego wynoszonego często ze szkoły przekonania, że nauka polega na układaniu całego świata w szufladkach i jeśli jeszcze nie cały się tam mieści, to dlatego, że nie skończyliśmy. Profesor Umiński niezwykle skutecznie wykazywał, że nie da się świata ożywionego upchnąć do żadnych szufladek – i robił to w taki sposób, że zamiast wrażenia utraty gruntu pod nogami miało się przeświadczenie, że się właśnie dało nura w jakiś fantastyczny gąszcz, w którym na każdym kroku można odkrywać fascynujące nowości. I wychodził człowiek z takiego wykładu nieuleczalnie zarażony ochotą na to, żeby dowiedzieć się więcej. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w dzisiejszych czasach, kiedy niemal cała wiedza dostępna jest na kilka kliknięć w klawiaturę czy ekran telefonu, takie właśnie powinno być naczelne zadanie wszelkich szkół. Pokazać swoim wychowankom, że dowiedzieć się więcej to wspaniała rzecz. Poza tym, wykłady Pana Profesora uczyły myśleć i wyciągać wnioski, i kojarzyć ze sobą różne rzeczy, które wcześniej się owszem wiedziało, ale nie składały się w całość. Uczyły zresztą również pewnego rodzaju śmiałości w wyciąganiu wniosków. Kiedyś przy okazji rozważań nad stałocieplnością (bądź nie) dinozaurów Pan Profesor zwrócił uwagę, że jeden z problemów polega na tym, że gdyby były stałocieplne, to dlaczego miałoby im tak zaszkodzić ochłodzenie na koniec kredy. Gołą skórę miały, dobra, ale nosorożce i słonie też miały, a jak przyszło zlodowacenie to porosły futrem i tyle. A ja wtedy, młokos na pierwszym roku (do tej pory trudno mi w to uwierzyć) zaoponowałem, że nosorożce i słonie miały owłosionych przodków, więc tu nie całkiem jest analogia. W życiu bym się czegoś takiego nie odważył powiedzieć w liceum. Nie z grzeczności (o, nie!), tylko z braku zaufania do własnych pomysłów.

Muszę się w tym miejscu przyznać do przestępstwa. Jestem mianowicie złodziejem. Ukradłem Panu Profesorowi całkiem sporo tematów, które teraz sam poruszam na zajęciach ze studentami. Zrobiłem to dlatego, że kiedy zmienił się wykładowca Zoologii (a ja ciągle pracowałem na Uniwersytecie i wyświetlałem slajdy podczas wykładów), to zrozumiałem, jak wielu rzeczy ważnych wcale nie tylko dla zoologa, ale dla wszelkiej maści przyrodnika (czy wręcz po prostu dla każdego człowieka myślącego) nie usłyszą już kolejne roczniki studentów. Zaczął mi wtedy kiełkować w głowie pomysł takiego przedmiotu, który by mógł te braki choćby w niewielkim stopniu uzupełnić. I taki właśnie – kradziony w dużej mierze – przedmiot teraz prowadzę dla studentów pierwszego roku.

Wśród wielu legendarnych właściwości Pana Profesora nie sposób nie wspomnieć o jego znakomitej pamięci. W czasach, gdy pełnił funkcję Prodziekana do spraw studiów studenci opowiadali sobie, że co roku przegląda papiery wszystkich przyjętych na studia osób i zapamiętuje imiona i nazwiska, a także twarze ze zdjęć. Rzeczywiście bywało tak, że na obozie roku zerowego potrafił się do człowieka widzianego drugi-trzeci raz w życiu (i to zawsze w wielkiej grupie) zwrócić „No i jak się panu podoba życie studenta, panie Robercie?”, co oczywiście zagadnięty opowiadał potem wszystkim nie kryjąc, że na dłuższą chwilę zbaraniał. Kiedyś, w czasach wspólnego prowadzenia zajęć dla studentów Szkoły Wyższej Przymierza Rodzin, Pan Profesor oznajmił mi, że będę teraz ja musiał prowadzić seminaria, bo on już nie jest w stanie spamiętać na bieżąco, co kto powiedział w trakcie dyskusji. Nie wiem, czy mi uwierzył, że ja nigdy tego nie potrafiłem i jeśli mam pamiętać, kto co powiedział, to muszę to zanotować – ba, przez większą część semestru mam problem z przyporządkowaniem nazwisk do właściwych osób…

Pan Profesor posiada jeszcze jedną cechę, właściwą ludziom naprawdę wielkiego formatu – dystans od samego siebie. Do zaliczenia zajęć z Zoologii bezkręgowców (współprowadzonych przez Pana Profesora i dr Wandę Riedel) niezbędne było przygotowanie, a następnie wygłoszenie wykładu o wybranej grupie zwierząt. Jeden ze studentów z mojego rocznika ozdobił swoje wystąpienie o gąbkach własnoręcznym rysunkiem, przedstawiającym dwie osoby. Był to człowiek utalentowany plastycznie i bez żadnej wątpliwości można było rozpoznać, że osobą siedzącą przy biurku jest dr Riedel, zaś człowiekiem w wannie – profesor Umiński, z którego pleców sterczą długie igły. Dorysowany mu tekst brzmiał „Pani doktor, nie szklaną! Prosiłem: sponginową!”. Zbledliśmy wszyscy na chwilę (przynajmniej wewnętrznie) w obawie, jak ów figiel zostanie przyjęty, obawa jednak okazała się zbędna. Pan Profesor uśmiał się z rysunku i uznał go za dobry sposób zwrócenia słuchaczom uwagi na istotne różnice budowy szkieletu obu grup gąbek. Pewnie zresztą takiej właśnie reakcji należało oczekiwać od kogoś, kto podczas pierwszego spotkania z kandydatami na studia powiedział „Dzień dobry państwu, nazywam się Tomasz Umiński, jeśli ktoś przywiązuje wagę do tytułów – jestem docentem. Wiecie państwo naturalnie, kto to jest docent? Jeszcze nie profesor, a już świnia…”

Taki mamy obyczaj, że się solenizantom i jubilatom zwykle życzy STU LAT – w przypadku dziewięćdziesiątych imienin to jednak byłoby stanowczo niewystarczające. Życzymy zatem Panu Profesorowi (a przy okazji całej ludzkości) jeszcze przynajmniej STU TAKICH ODKRYĆ, które sprawiają, że oczy nam się szeroko otwierają ze zdumienia. I które utwierdzają nas w przekonaniu, że poznawanie tego świata – i pomaganie innym w poznawaniu go razem z nami – to najlepsze z możliwych zajęć.

 

Kategoria: